piątek, 28 października 2011

Mitomania

Miałam kiedyś takiego chłopaka z innej beczki. Ja miałam 16 lat, on 19. Wiadomo: fajnie mieć w tym wieku chłopaka, bo jest z kim przejść się za rękę po lekcjach pod szkołą na oczach koleżanek, wypić piwo w tajemnicy przed rodzicami, poodkrywać do pewnego stopnia zakazane owoce dozwolone od lat osiemnastu i z motylkami w brzuchu prawić sobie przesłodzone komplementy rodem z tandetnej komedii romantycznej. Krótko mówiąc - dobra zabawa i wstęp do nauki bycia w związku. W tym wypadku miałam jeszcze zapewnioną dodatkową atrakcję w postaci serwowanych mi przez mojego amanta niestworzonych historii, niektórych podkoloryzowanych daleko poza granice absurdu, można by wręcz powiedzieć - wyznaczających nowe standardy palety RGB, innych wyssanych od początku do końca z palca (umaczanego chyba wcześniej w substancji halucynogennej). Doskwierająca mu śmiertelna choroba w postaci zaburzeń błędnika, mająca zabić go w przeciągu dziesięciu lat, umierające po kilka razy obie babcie, a także jego zaawansowany nałóg heroinowy, przez który jednocześnie był i nie był na weselu, na którym dostał po gębie, początkowo mnie przerażały i dołowały, później zaczęły bawić. Tym bardziej, że sporo z jego wymysłów było naprawdę pociesznych. Nieśmiertelnym hitem ciągle pozostaje perkusja w piwnicy. Może to okrutne, ale była kiedyś taka kartka, na której wszystko to wypisałyśmy z przyjaciółką i czytałyśmy sobie na głos w gorsze dni dla skutecznej poprawy humoru. Nie mając serca, by pozbawić biedaka złudzeń, cały czas udawałam, że wierzę w te jego historie, tak dramatyczne, jak niewinne i służące głównie uczynieniu jego osoby bardziej interesującą, niż uważał, że jest w rzeczywistości. Ostatecznie krzywdy nikomu tym nie robił.

Z biegiem lat poznałam również mroczniejsze oblicze zwolenników naginania prawdy do swoich potrzeb. Spotkałam ludzi używających kłamstwa z pełną premedytacją dla manipulacji innymi, osiągania swoich celów, budujących na kłamstwie i niedomówieniach całe długoletnie związki, w dodatku szczycących się wśród znajomych umiejętnością lawirowania tak, by nikt się nigdy nie zorientował. Przestało być zabawnie. Co innego fundowanie otoczeniu odrobiny nieszkodliwej rozrywki, a co innego - rozstrojów nerwowych. Całkowity brak empatii, szczerości, wyrachowane łgarstwo z zimną krwią, czy objaw zagubienia, niedowartościowania i potrzeba wyleczenia swoich kompleksów? Co popycha takich ludzi do mącenia innym w głowach? Chęć skorzystania na cudzej naiwności? Może przyjemność zmyślania sama w sobie, pragnienie wzbudzania emocji? Może strach przed otwarciem się, chęć ukrycia swojego prawdziwego ja, stworzenia zastępczej wersji samego siebie? Alternatywny świat kreowany za pomocą słów jest ciekawszy i bardziej poruszający niż ten istniejący realnie. W umyśle osoby, która słucha i wierzy, te dwa światy niczym się od siebie nie różnią. Kłamca może nawet sam uwierzyć we własne opowieści. Wspomnienia fałszywe i prawdziwe mieszają się ze sobą i w końcu są nie do odróżnienia. Dzięki temu historia staje się też bardziej wiarygodna i łatwiej przekonać innych, że to, co im się wciska, brzmi może jak fikcja literacka, ale to najświętsza prawda.

To jest akurat proste do zrobienia. Mało kto podchodzi do wszystkiego z chronicznym i bezpodstawnym brakiem zaufania. Zakładamy, że skoro my pokazujemy drugiej osobie swój świat taki, jakim jest, to i ona pokaże nam swój. W końcu czy nie o to chodzi w kontaktach międzyludzkich, w przyjaźni, miłości? Wymiana myśli, energii, poznawanie się nawzajem, współistnienie dwóch dusz, dwóch umysłów otwartych na siebie. Nie: wciskanie kitów, wymyślanie wymówek i prowadzenie z innymi gry, w której reguły nie zostali oni wtajemniczeni. Byłoby paranoją dopatrywać się wszędzie perfidnej ściemy, spodziewać się po każdym od razu najgorszego. Dlatego mijają czasem całe lata, zanim odkryjemy, że nasz ukochany prowadzi na przykład drugie równoległe życie, a obraz jego osoby, jaki posiadamy, to tylko iluzja, w rzeczywistości zaś jest to zupełnie obcy człowiek, w którego głowie nie wiadomo co siedzi. Innym razem trwa to dużo krócej, bo opowieści dziwnej treści już od początku nie chcą trzymać się kupy i jest ich za dużo. Tak czy owak - wszystko kiedyś wyjdzie na jaw. Kłamstwo ma w końcu krótkie nogi, choć czasem szybko potrafi nimi przebierać ;)

Nie będę tu robić z siebie aniołka. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że nawet zwykłe, okazjonalne niedopowiedzenia czy przekręcenia faktów z wygody czy obawy przed konfrontacją przynoszą więcej złego, niż dobrego i są tylko źródłem konfliktów i życiowej demolki, tym większej, im poważniej rozminiemy się z prawdą, a postawienie wszystkiego na jedną kartę - całkowitej szczerości wobec siebie i bliskich - to podstawa jakiejkolwiek udanej relacji, warunek psychicznego komfortu i harmonii. Być może permanentne życie w kłamstwie ma w sobie jakiś urok, coś uzależniającego, skoro tak wiele osób we współczesnym świecie decyduje się nim otoczyć. Chyba nie jestem aż tak ciekawa, by dowiedzieć się, jak to jest...

środa, 26 października 2011

Podróż w nieznane

Zabrzmi to może zabawnie, ale lubię sobie pójść na długi, samotny spacer. Zawsze zajdę w jakieś dziwne miejsce: a to tory kolejowe, gdzie zasiadam w trawie niczym dziecko prerii i patrzę na przejeżdżające pociągi, z których pasażerowie machają do mnie, a to ruchliwa ulica, gdzie ogromne tiry śmigają obok mnie, takiej malutkiej i kruchej, jakbym nic nie ważyła i nic nie znaczyła. Jestem stałym gościem na różnego rodzaju łąkach i we wszystkich większych parkach. Odwiedzam też obce osiedla, na których z braku orientacji w terenie zdarza mi się delikatnie zabłądzić, i generalnie włóczę się tam, gdzie zdecydowanie nie powinna się szlajać młoda, samotna kobieta. Kiedy się przestanie za dużo myśleć i po prostu idzie, ciekawość i emocje same popychają nas w te lub inne miejsca. Takie, w których nigdy nie byliśmy, albo wręcz przeciwnie - takie, które nie są nam obojętne, budzą jakieś wspomnienia, poruszają serce. Później, kiedy człowiek już tam jest, rozgląda się i nagle zastanawia: co ja tu do cholery robię? Ale jest fajnie. Można odetchnąć pełną piersią i po prostu być, dokładnie w tym miejscu, w które się już zaszło, a później zobaczyć, co jest jeszcze dalej. Nie zastanawiać się przez moment nad tym, co zostało za nami.

Czasem chciałoby się po prostu wyjść z domu, by iść przed siebie bez końca, aż na koniec świata, i nigdy nie wrócić. Definitywna ucieczka od wszystkiego. Od wszystkich pytań bez odpowiedzi, od niepewnej przyszłości, chaotycznej przeszłości. Tylko tu i teraz, ja i moja głowa. Nawet to, że od tej nieszczęsnej własnej głowy nie da się uciec, że trzeba ją ze sobą zabrać, nie przeraża mnie jakoś wobec tak miłej perspektywy. Łatwo jest sobie beztrosko istnieć, kiedy jutra nie ma. Cieszyć się chwilą, nie mając nad głową czarnych chmur nawarstwiających się problemów. Być pogodzonym z samym sobą, czuć jedność z matką naturą, Absolutem, albo - zależnie od ilości spożytego alkoholu - nie czuć nic wcale. Po prostu być. Bez obaw, że ktoś cię zrani, wykorzysta, że padniesz ofiarą własnej wyobraźni albo naiwności. Że za chwilę stanie się coś złego, że nieprzyjazny świat zje cię z kopytami i wypluje kupkę białych kostek. Permanentne wakacje w stanie zawieszenia, wycieczka w jedną stronę do krainy Piotrusia Pana.

Oczywiście taki koniec świata, na który chciałabym być może zajść, nie istnieje. A i tak dotarcie na niego wydaje się łatwiejsze, niż odwrócenie się i stanięcie twarzą w twarz z rzeczywistością. Wolimy już żywić się iluzjami: od teraz wszystko się zmieni, od jutra będę mógł zacząć być szczęśliwy, nigdy już nie powtórzę tego błędu, itd. Brakuje nam szczerości wobec siebie i innych. Widzimy innych ludzi takimi, jakimi chcemy ich widzieć, próbujemy dopasować ich do schematów, podobnie jak rzeczy, które nam się przydarzają, przecież nie mogą być tak całkiem od czapy, na wszystko musi znaleźć się jakieś wyjaśnienie. To też są takie małe ucieczki, bardziej skuteczne, bo niefizyczne. Można przez chwilę poczuć złudzenie kontroli nad tym całym bałaganem. Nareszcie ujarzmiony chaos rzeczywistości dał się wtłoczyć w ramki, które są dla nas zrozumiałe. Najlepiej jeszcze wymyślić na wszystko regułki, definicje, algorytmy i strategie. Poznaliśmy życie od podszewki, okazało się czarno-białe, teraz jesteśmy już doświadczeni i nic nas nie zaskoczy. No, może poza tykającym krokodylem i Kapitanem Hakiem.

Potrzeba nie lada odwagi i determinacji, żeby chociaż na moment otworzyć oczy i świadomie spojrzeć na świat. I co widzimy? Każdy moment jest niepowtarzalnym punktem na płaszczyźnie nieskończoności. Każdy człowiek jest delikatnym, skomplikowanym bytem, jakaś czująca istota znajduje się w środku fizycznego ciała, ma swoje zamiary i marzenia. Wszystko, co nam się przydarza, jest częścią związanego z nami w jakiś sposób łańcucha przyczynowo-skutkowego, który ma znaczenie. Strasznie tego dużo i nie na wszystko przyjemnie się patrzy. Tyle konfliktów można było lepiej rozwiązać. Mieliśmy tyle niewykorzystanych okazji, żeby coś przeżyć, coś naprawić. Tyle razy ktoś przez nas cierpiał albo cierpieliśmy sami, komplikując sobie życie przez własną beztroską nieświadomość. Masa niepotrzebnie straconych nerwów i łez wylanych nad czymś, co w ogóle nie istniało, a obok zaniedbane naprawdę ważne sprawy. Wszystko widać jak na dłoni. Z tego już nic nie będzie, a z tego by mogło być, ale nie zależy to tylko od nas. Tutaj to nas ktoś potraktował instrumentalnie, jak pionek w grze. Trudno, ludzie tacy są. Każdy dba o własną dupę, to zrozumiałe. Sami na to pozwoliliśmy, więc do kogo mamy teraz pretensje? Są też weselsze aspekty przejrzenia na oczy. Widać, w co warto pakować energię i emocje, a w co nie. Nasze możliwości okazują się większe, niż nam się wydawało. Problemy istnieją, ale przemijają, tak jak wszystko. Rozwiążą się po kolei, jeśli tylko kiwniemy palcem, zamiast stale uciekać i kręcić się w kółko. Trzeba sobie wyhodować jakieś jaja i zabrać się do roboty, a wszystko się ułoży. Pora dorosnąć, choćby to brzmiało przerażająco. Może to będzie najciekawsza podróż, w jaką się w życiu wybierzemy?

piątek, 14 października 2011

What goes up, must come down

Zostałam ostatnio odrobinkę zbesztana za zaniedbywanie bloga. Miałam tyle pisać i nic. Cóż, zdarzają się takie okresy w życiu, kiedy nie można wykrzesać z siebie ani jednej twórczej literki. Człowiek leży tylko jak trup i zagląda w bezdenną czeluść rozpaczy. Naprawdę nic szczególnie godnego polecenia. Aczkolwiek nie jest tak, że niewartego uwagi. Chciałoby się, żeby życie składałoby się wyłącznie ze szczęśliwych momentów, ale to niemożliwe. Co leci w górę, musi kiedyś spaść w dół.

Oczywiście byłoby super móc pozostawać cały czas w górze, szybować w przestworzach na różowej chmurce i z uśmiechem na twarzy dzień po dniu przeżywać same fantastyczne rzeczy. Każdy mieszkaniec współczesnego świata do tego dąży, a gdy przydarzy mu się coś złego, uważa to za wielką niesprawiedliwość, nieprawidłowość w matrixie, fatalny błąd systemu, który należy natychmiast naprawić i czym prędzej wrócić na swoją tęczową ścieżkę radości. Żyjemy w kulturze, w której za wszelką cenę unika się bólu i cierpienia. Udajemy, że ich nie ma, nie patrzymy w tamtym kierunku, nie poświęcamy im uwagi, a kiedy nie da się już uciekać, stajemy do walki. Jesteśmy gotowi rzucić wszystko co mamy, zmienić poglądy na życie i sens istnienia, uzależnić się od jakiejś substancji, zranić innych, byleby tylko zniwelować ból. Mają nas spotykać same przyjemności i koniec, kropka. Na dni melancholii czy rozbicia nie możemy sobie pozwalać, bo życie jest tylko jedno i to krótkie, trzeba się nim cieszyć jak się tylko da, bo taką szczęśliwą filozofię teraz wyznajemy wszyscy zgodnie z najnowszymi wytycznymi, byle do przodu, keep smiling i don't worry be happy!

A przecież istnienie samego dobra już z definicji jest niemożliwe. Bo jak zdefiniować dobro w oderwaniu od zła? Jak moglibyśmy poznać i docenić, że dzieje się coś dobrego, gdyby nigdy nie działo się nic złego? Zaraz by nam się to zresztą znudziło i wynaleźlibyśmy sobie jakiś problem. Nawet beztroskie dzieci i nastolatki, w których życiu cierpienia w naszym pojmowaniu nie ma zbyt wiele, przeżywają swoje rozterki, dramaty, lepsze i gorsze dni. Istnienie bólu jest naturalną przeciwwagą dla istnienia radości, oba są częściami składowymi tej samej substancji, dwiema stronami tej samej monety. A gdyby tak zaakceptować ból, przyglądać się mu, ale nie negować go, poczekać cierpliwie, aż przejdzie? Można by się nawet czegoś nauczyć, a już na pewno byłoby to ważne doświadczenie. A w końcu po to niby żyjemy, żeby zbierać doświadczenia. Więc czemu tylko te dobre?

Ciekawe, że dla odmiany kultury Wschodu popadają w drugą skrajność. Odrzuć emocje, nie miej ich w ogóle, pogrąż się w medytacji, nie przywiązuj się do świata fizycznego, tylko egzystuj, bądź duchem oderwanym od materii, zawieszonym w wiecznym szczęśliwym spokoju. Wydaje mi się, że paradoksalnie to też jest przede wszystkim unikanie cierpienia, mimo że w bardziej oświeconym wydaniu. Być może jest bardziej skuteczne, ale wymaga, byśmy zrezygnowali z czegoś po drodze. Gdyby naszym przeznaczeniem i najlepszą ścieżką było spędzić życie w samotni na mantrowaniu, po co w ogóle byłby nam dany ten skomplikowany świat razem z jego niedoskonałościami, huśtawkami emocjonalnymi i zawiłościami losu? Żeby go unikać, sprzeciwiać się jego istnieniu? To tak, jakby pójść do mega wypasionego lunaparku i tylko patrzeć na wszystkie niebosiężne kolejki górskie, a na żadną nie wsiąść. Siedzisz sobie wygodnie na ławce, patrzysz jak inni śmigają i myślisz: czuję się świetnie, bo nie muszę odczuwać tych wszystkich przeciążeń, nie będzie mi się chciało rzygać świeżo zjedzonym hot dogiem z budki, nie będę się bał, że wylecę z wagonika albo że cała kolejka się rozpadnie, a oni niech sobie tam ryzykują, piszczą, przeżywają te swoje uniesienia. Niby sensowne podejście. Ale równie dobrze można byłoby wyjść z tego całego lunaparku i iść do domu.

Skoro już mam to szczęście, że się urodziłam, postanowiłam z tego skorzystać i jednak wziąć udział w tej przejażdżce, nawet jeśli ma nie składać się z samej ekstazy i euforii, jeśli nikt mi nie obieca sprawiedliwego podziału dobra i zła, brzydoty i piękna, które po drodze spotkam. Czasem może być rozdzierająco, innym razem przerażająco, ale jak dojadę do mety, będę piać z zachwytu nad całokształtem! I to sobie warto powtarzać w każdym gorszym momencie, na każdym trudniejszym zakręcie, żeby z niego nie wypaść, bezpiecznie wyjść na prostą i znów rozwinąć prędkość zapierającą dech w piersiach:)